Lista sponsorów
"Warto dla takich chwil być w sporcie"
2010-02-28
Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego na żywo, z trybun kompleksu Whistler Olympic Park śledził złoty występ Justyny Kowalczyk w biegu na 30 kilometrów stylem klasycznym.
- Tętno tuż po biegu miał pan pewnie wysokie, jak wszyscy polscy kibice?
- Dobrze, że na wszelki wypadek miałem ze sobą proszki na nadciśnienie. Tak naprawdę, gdyby Justyna zdobyła srebro to też byłby to wielki sukces, ale wszystkim marzył się ten upragniony, wyśniony złoty medal. Marit Bjoergen była niesamowicie mocna. Justyna odparła jednak jej atak i to było coś nieprawdopodobnego. Królową tych igrzysk jest na pewno Marit, ale Justynę można postawić obok niej. Obie były wielkie. Jestem szczęśliwy, że za mojej kadencji - po 38 latach przerwy - dzięki tej wspaniałej dziewczynie, bohaterce narodowej, udało się zdobyć złoty medal dla Polski. Warto dla wysłuchania Mazurka Dąbrowskiego żyć, warto dla takich chwil być w sporcie. Byłem po tym biegu wzruszony i chociaż chłopaki nie płaczą, zwłasza w moim wieku, to się popłakałem. Myślę jednak, że tych łez szczęścia było, i w Polsce, i w Whistler bardzo dużo. W tym miejscu muszę też wspomnieć o innej naszej zawodniczce. Kornelia Marek pobiegła w sobotę znakomicie. Zostawiła w tyle zawodniczki o uznanych już nazwiskach.
- To najlepsze zimowe igrzyska w historii polskiego sportu.
- Zdecydowanie tak, bo przecież nigdy nie mogliśmy przekroczyć tej magicznej dwójki. Złoto Justyny przyćmiewa teraz wszystko. Jeżeli bym dzisiaj miał wystawiać ocenę reprezentacji, a trzeba patrzeć na całą kadrę – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – to należy im się piątka. W skali sześciostopniowej. Bohaterów na tych igrzyskach mamy dwóch, Justyna z Adamem. Na igrzyskach bowiem liczą się medale. Ja czuję się usatysfakcjonowany jako szef tej reprezentacji, który był zobowiązany stworzyć jej jak najlepsze warunki. Liczne i profesjonalne sztaby i wspomnianej wcześniej dwójki, jak i u Tomka Sikory, któremu sredecznie współczuję. Trzymam kciuki by wystartował w Soczi.
- Dużo pieniędzy na nagrody trzeba będzie wydać po igrzyskach w Vancouver.
- Oj rzeczywiście. To złoto mocno nadszarpnie budżet PKOl. Pół miliona sama Justyna zainkasuje. Trochę mnie wpuściła, tego się po niej nie spodziewałem. W sumie pewnie ze dwa miliony będę musiał wypłacić. To mnie towarzystwo urządziło, a ja taki spokojny już byłem... Żarty jednak na bok. Ja się ogromnie cieszę z takiego problemu. Premie będą wypłacone bardzo szybko, bo kto szybko daje, ten dwa razy daje. Będzie to pewnie podczas gali olimpijskiej, ale muszę najpierw ustalić ze sztabem Justyny, kiedy ona będzie mogła być w kraju, by swoją nagrodę odebrać.
- Czy teraz już po igrzyskach, powołałby pan na nie tyle samo sportowców?
- Tak, żeby Justyna, Adam i Tomek mieli taka opiekę, jaką mieli. Poza tym część młodzieży się sprawdziła. Oczywiście jest taka grupa osób, że nic by się nie stało, jakby nie wyjechali, ale wtedy Justyna nie miałaby siedmiu osób w sztabie tylko trzy. I być może dzisiaj nie cieszylibyśmy się ze złotego medalu. Myślę, że to były udane igrzyska. Przyjeżdżaliśmy trzymając kciuki za naszą wielką trójkę, ale ja w najśmielszych marzeniach nie marzyłem, że zdobędziemy tyle krążków. To był dobry występ. Oczywiście wniosków można wyciągnąć mnóstwo, ale trzeba o tym spokojnie w swoim czasie porozmawiać już w kraju.
Małgorzata Ziemba z Whistler



